Recenzja Rapportal. Włodi – Wszystko z dymem

900x900_product_media_26001-27000_Pakiet_1

Molesta – wiadomo, pionierzy. Parias – proste, że jeden z najlepszych albumów w 2011 roku. W moim podsumowaniu roku uplasowałem go na podium. Tyle, że solowe projekty panów tworzących te ekipy jakoś do mnie nie przemawiają (nie mówię tu o Eldoce). Nawet albumy Włodka, którego uważam za trzon Molesty są mocno mierne. Z jego dwóch solówek na siłę skleiłbym Epkę, którą chciałbym słuchać. Tak było prawie dekadę temu…

Od tego czasu Włodi wykonał niesamowity progres i jest w stanie udźwignąć ciężar solowego projektu. Jest jednym z nielicznych pionierów, którzy chcą i się rozwijają. Jego chłodny głos i stonowane flow idą w parze z anty populistycznymi frazesami w rap grze. Do tego linijki, którą nie są pisane od linijki (jak u kolegów z ekipy). Akcenty są przerzucane, dostajemy mnóstwo wielokrotnych i zabaw formą. Najważniejsze, nie ogranicza się muzycznie i nie pucuje się przez całą swoją dyskografię na klasyczny rap. Chociaż jest jego wyznacznikiem i definicją, to pokazuje kolegom z branży powinien wyglądać rap XXI wieku w dobrym guście. Tak właśnie wygląda „Wszystko z dymem”.

YouTube Preview Image

Długo czekałem. Premiera była przesuwana – „Pytania, zapowiedzi, płyty nie ma #Dre – Detox”. Miałem obawy, że po dobrych singlach płyta będzie tak naprawdę do wyjebania. Po pierwszym odsłuchu tak chciałem zrobić, jednak to nie jest album na jeden odsłuch! Trzeba nieco wczuć się we włodkowy klimat, który z jednej strony jest konceptualny, a z drugiej mocno eklektyczny. Obok wspominkowego „1996” na klasycznym, samplowanym bicie Returnersów, mamy zanurzone w dymie „Zapałki” (mowa tu o tekście, w którym Włodi ma sto kilo na powiekach i samym podkładzie, który spokojnie można wpisać do cloudowej muzyki). Returnersi brodzący w nowojorskim sznycie podrzucają jedną z najlepszych produkcji – „Chmur drapacze”, innym faworytem jest „Guzik” od Stony, w którym dzieje się więcej niż na przeciętnej polskiej produkcji. Perełką, do której musiałem dojrzeć jest „T&T” od Evidence’a. Chłodna elektronika DJ B przywołuje „Bezczelnych”, „Pod numerem trzecim” oprócz mroku możemy usłyszeć fragment z kultowej polskiej komedii – „Kogel Mogel”. Żeby nie było tak oldschoolowo. „Proces spalania” stąpa pewnie, a zarazem jest niesamowitym bangerem z przekozackim refrenem Danny’ego, a kończący „Detektor dymu” – podobnie zresztą jak „Zapałki”- jest mocno psychodeliczny.

Całość unosi się w oparach soczystego jointa. W mniejszym bądź większym stopniu gdzieś można znaleźć jego akcent. To jednak nie ujmuje Włodkowskiemu i na pewno nie jest monotematyczny. Jak dobrym tekściarzem jest Włodi nie udowadnia gdy jest „W drodze po towar”, czy przywołując obrazy z „1996”. To tylko i aż zapis przeżyć ubranych w rymy. Z innej beczki. Ile razy słyszeliście zwrotki o lokowaniu produktu? Pewnie dużo. Ja też. Zapewniam was, że nikt tak nie ugryzł tematu jak Włodi z Małpą w „Guziku”. Nie ujmując wyżej przytoczonym storytellingom. „1996” to solidna lekcja dla dzieciaków, które zaczynają swoją przygodę z rapem (tym bardziej, że historię uzupełniają Pelson z Vieniem). „W drodze po towar” zaskakuje naturalnością, zwyczajnym trybem życia (świetne wersy o akcji w tramwaju). Gdy razem z dymem jointa unosimy się w „Chmur drapacze” pozostaje nam się delektować klimatem i gościnnymi zwrotkami Weny i Mielzky’ego. Mądre rzeczy usłyszymy „W słońcu”, a w „Procesie spalania” odnajdziemy sporo komentarzy odnośnie branży i kondycji rapu. Marzenia, przebyta droga? Nie ma innej kolejności tylko „T&T”. Włodi to zrobił, teraz to procentuje.

YouTube Preview Image

Bez owijania w bawełnę i zbędnych wniosków. Na tę chwilę płyta roku. Może dwóch jest mu w stanie zagrozić w końcowym zestawieniu. Sześć z minusem.