Recenzja Rapportal. Tusz Na Rękach „W brzuchu bestii”.

TNR

Recenzja Rapportal. Tusz Na Rękach „W brzuchu bestii”.

Tusz Na Rękach to dla mnie przykład rapera, który ciężką pracą i określoną koncepcją swojej twórczości stawiał kolejne kroki w świadomości słuchaczy. Pamiętam jak pierwszy raz usłyszałem „Krejzi” i „Cudowne lata 90te”. Pamiętam jakie wrażenie wywołał na mnie „Być jak Biggie Smalls”. Pamiętam również jak z własnego lenistwa odpuściłem „U.O.C” i jak otrzeźwiałem przy promocji „W brzuchu bestii”. Sam raper w końcu został doceniony i zasilił szeregi Urban Rec.

YouTube Preview Image

Nowy album Tusza, to album dziwny, niecodzienny. 8 raz podchodziłem do odsłuchu, a 15 razy układałem chociażby trzy zdania tej recenzji. Płyta leżała u mnie od końca października, a ja nie robiłem żadnych postępów czy to w kwestii odsłuchu, czy samego pisania. Zazwyczaj jest tak, że szybko możesz sklasyfikować album, a słowa w głowie same się układają. Tusz Na Rękach stworzył album o tyle specyficzny, że ciężko przykleić mu jakąś łatkę. On jest po prostu ‘tuszowy’ – przypomina poprzednie produkcje, ale też rozwija się w nowych kierunkach. Tytułowy brzuch bestii to metafora aglomeracji miejskiej, w którą wpisane są wszelakiej maści historie. W ten oto sposób Tusz Na Rękach wybrał prosty koncept zapewniający mu szerokie pole do popisu. I tak emocjonalne „Bez ciebie nie ma mnie” odpowiednio nastraja. Podobnie jak „Nowe życie” tyle, że z zupełnie inną tematyką. Chciałoby się powiedzieć, że „Uciec stąd” jest chęcią oderwania się od monotonnej rzeczywistości. Tytułowe „W brzuchu bestii” jest esencją całkowitego konceptu, „Bilans” traktuje o karmie, „Nigdy tam” oprócz genialnej warstwy lirycznej to także popis stylu nawijania. „#problemy” wokół, których kręci się świat nazwałbym gorzkimi refleksjami ze światełkiem w tunelu (końcowe przemówienie Tusza daje nadzieję na lepsze jutro). Jednak już „Przypadek” to melodramat pełną gębą, a „Odrywam się” prześmiewczo traktuje Pikeja i przedstawia prawdziwą drogę do sukcesu. Kolaboracja Tusza z Cleo jest na pewno lepszą propozycją niż „My Słowianie” w solowym wykonaniu wokalistki, a kooperacja z wrocławskimi raperami pokroju świeżo odkrytego Mam Na Imię Aleksander, albo Jota jest mocnym akcentem albumu.

„W brzuchu bestii” to kolejna płyta, której charakter nadał Szatt. Dla mnie to producent z określonym stylem, ponieważ jego podkłady można wyczuć na kilometr. Całość jest nastrojowa, jakby zawieszona w jakimś pół sennym stanie. Perkusje momentami jakby chciał nas z niego wybudzić, jednak linie melodyczne i wykorzystywane sample na to nie pozwalają. Chociażby umiejętnie wykorzystany fragment „Ain’t no sunshine” w „Bez ciebie nie ma nie” ma predyspozycje ku temu. Z szattowej wizji bestii pięknie gra „Nowe życie”, „Fuks”, z którego Tusz zrobił rapową bombę, ale także bardziej odważne „Uciec stąd”. Wyjątkiem są dwa podkłady od Donatana, który w bardziej przebojowym klimacie stworzył „Solo”, a także „Głód”. Obydwa spajające członków wytwórni Urban Rec (oprócz Alex). Przy końcu zwiedzania bestialskiej aglomeracji dostajemy także instrumentowy smaczek – obój – od Wiktorii Ulatowskiej.

YouTube Preview Image

Myślę, że „W brzuchu bestii” nie jest specjalnie przełomowym albumem. Jest po prostu mocną pozycją w dyskografii kieleckiego artysty. Śmiało można doszukiwać się na nim paru dobrych momentów, śmiało można pochwalić Tusza za wykonany progres, ale najważniejsze, że śmiało można go polecić. Szkolna trójka z plusem. Ja jednak wrócę do „Get Fejm Or Die Tryin” i będę zachwycał się chemią na linii Tusz – Voskovy.