Recenzja Rapportal. Kobra „Golden era”.

1375318_570709799665355_93488114_n

Dużym zaskoczeniem było dla mnie gdy w połowie kwietnia otrzymałem paczkę od Step Records, która zawierała płytę Kobry, albowiem premiera „Golden ery” miała miejsce jeszcze w ubiegłym roku (22 listopada). Wielokrotnie podkreślałem, że projekt z Bezczelem był czymś naprawdę świeżym i fajnym. Po za tym to zderzenie dwóch różnych styli i światopoglądów przyniosło nam nie tylko ciekawy album, który do tej pory jest najmocniejszą pozycją w katalogu RPS, ale wprowadził także nową jakość – świetnie przeszczepiony mainstream bez popadania w tandetę. Nie ukrywam, że Kobra zyskał wtedy dużo w moich oczach i byłem pewien, że z nowego projektu wyjdzie coś jeszcze lepszego…

YouTube Preview Image

„Golden era” była zapowiadana ciekawie. Kobra zerwał z łatką klasycznego rapera. Sam powiedział, że „(nadal) klasycznie” było zwieńczeniem pewnego etapu i teraz będzie chciał tworzyć rzeczy w nowszym klimacie. I w końcu doczekaliśmy sie kobrowego „trap house”, które pod względem muzycznym podąża za trendami ze Stanów. Produkcja zajął sie w większości SoDrumatic, a cegiełki dołożyli Sherlock, PSR i Świerzba. Wydźwięk „Golden ery” stanowi o jej sile. „Witamy w mieście 2” osadzony jest w West-coastowym klimacie. Niektórzy mówią, ze jest to biedniejsza wersja „The Streets”, jednak mi bliżej do opinii, że to fajny follow up. Nie brakuje klubowych hitów – „Piją i tańczą”, ale także tych z radiowym potencjałem – „Sukces”. Chwile wytchnienia możemy złapać słuchając „Potrafię latać”, „Miejska mentalność” i „Forrest Gump”. „Gruby kot” to trap pełną gębą, podobnie jest w przypadku tytułowej złotej ery, czy „Coś nie tak” gdzie bass napierdala aż miło. Świerzba w południowym klimacie stworzył „Do gwiazd”, w którym Kroolik machnął refren rodem z rozgłośni radiowych – naprawdę duże brawa za całokształt, a PSR kończy płytę „Jednym sercem”, które wydaje się być zwiewne, jednak perkusja nadaje mu tempa.

Największa wadą „Golden ery” jest nagromadzenie idiotycznych hasztagów. Sam jest zwolennikiem tego zabiegu, ponieważ hasztagi mogą urozmaicić kawałek i wprowadzają do tekstów nową jakość. Niestety Kobra ich nadużywa. Nadużywa z fatalnym skutkiem, ponieważ są one bardzo prostolinijne i nie zmuszają słuchacza do żadnego wysiłku nad ich interpretacją tak jak w przypadku „Lepszego żbika”, czy kawałków Quebonafide (Te-Tris #Adam Chrabin, kodeks #whitehouse – serio?). Podobnie patenty na powtarzanie wersów, czy rymów nie wkręcają się tak jak na „0’7 na dwóch”. Kiedy odstawimy na bok techniczne aspekty pisania tekstów okazuje sie, ze Kobra porusza całkiem ciekawa tematykę. „Fuck fest” punktuje branżę, „Gin & Sprite” jest kontynuacją „Gin i tonic” z debiutu – z lepszymi z zwrotkami, a z dużo gorszym refrenem. „Jedno serce” jest najbardziej refleksyjnym numerem na płycie, „Intro” pięknie wprowadza nas do „trap house”, „Na muszce” jest ripostą dla fałszywych. „Piją i tańczą”, a także „Na melanż” obracają sie w imprezowym sznycie. Myślę, że płyta nie jest monotematyczna, a Kobra postarał sie nie tylko o warstwę liryczna, a zarówno oto aby ugryźć podkład biorąc pod uwagę jego klimat i tempo, a następnie dostosować flow. Za to duży plus.

YouTube Preview Image

„Intro” oddaje najlepiej charakter produkcji. Kobra chce tworzyć nowa muzykę, jednak wychodzi mu to z różnym skutkiem. Raz jest naprawdę wyśmienicie, żeby za chwile poczuć zażenowanie. Raz pomysłem i świeżością Kobra zostawia oponentów z tylu, żeby za chwile tworzyć awangardę na sile. Nie obyło się bez błędów, ale i plusów sporo znajdziemy. Myślę, ze „Golden era” to album, na którym każdy znajdzie cos dla siebie, ponieważ jest mocno przekrojowy . Trójka z plusem na zachętę. Trzymam kciuki Kobra, bo podążasz w dobrym kierunku!