Recenzja Rapportal. Eldo „Chi”.

eldo_chi_1

W trakcie swojego „dziennikarskiego” rzemiosła nigdy nie miałem przyjemności pisać recenzję płyty Eldo. Owszem, wpadł mi Parias, ale przy „Nie pytaj o nią” nie myślałem o tym, że mogę zacząć współpracować z jakimkolwiek portalem. Inna sytuacja miała miejsce przy okazji premiery płyty „Zapiski z 1001 nocy”. Wtedy byłem święcie przekonany, że wytwórnia pokroju My Music po prostu oleje moje starania. Dlatego gdy przyszło mi wydać opinię na temat „Chi” uśmiechnąłem się pod nosem, odciąłem się od świata i poświęciłem się tylko słuchaniu i pisaniu. Czekałem długo na tę produkcję. Zresztą, kto nie czekał? „Zapiski z 1001 nocy” były albumem świetnym. Do dziś waham się czy „27” czy właśnie ta płyta jest najlepszą w dorobku warszawskiego rapera. Przełożyło się to na sukces sprzedażowy, ponieważ „Zapiski…” sprzedały się w ilości ponad 15 tysięcy egzemplarzy. Przesłuchałem nową produkcję. „Chi” to album tak podobny, a zarazem tak różniący się od poprzedniego materiału…

YouTube Preview Image

Przede wszystkim Eldo nie szuka na siłę inspiracji, nie zmienia swojego stylu – chociaż wciąż się rozwija. Osadził się w jednej konwencji i za to mu chwała. Jego atutem nadal są teksty, które kipią inteligencją, refleksjami, niebanalnymi opisami…  On po prostu nie odcina się od swoich dotychczasowych dokonań. Jednak na „Chi” dostrzegam mnóstwo różnic w porównaniu z poprzednim albumem. Warstwą muzyczną zajął się Damian Fawola – i w tej kwestii upatrywałbym największy problem. Poprzednio odpowiedzialni za to byli Returnersi i efekt był taki, że płyta chociaż była wypełniona po brzegi stricte rapowym brzmieniem to była interesująca. Na „Chi” numerów jest 13 z czego 10 ma niemal identyczny wydźwięk. Płyta jest zbyt monotonna, tworzona jak na jedno kopyto. Jeżeli miała być spójna to misja się nie udała – ona jest po prostu nudna. Brakuje charakterystycznych momentów, które wyróżniałyby 3/4 tej płyty. To z kolei przekłada się na rap Eldoki. Nie od dziś wiadomo, że Leszek do mistrzów ceremonii nie należy. Gdy dołożymy do tych statycznych podkładów mozolne wypluwanie słów gospodarza dostajemy 47 minut, które ciągnie się jak Pan Tadeusz. Muzyka na „Chi” jest stricte rapowa, ma sznyt, ale powtórzę to po raz setny, jest nudnaaaa. Fawola nie podołał zadaniu w pojedynkę.

Podobieństwa na linii Leszek do „Chi”, a Leszek na „Chi” są takie, że autor ciągle czaruje nas swoją inteligencją, ciągle wbija szpilki w świat pustego szowbiznesu i szuka nieco głębszych wartości niż Dorota i jej cycki. To duży dzieciak z własnym, bardzo odmiennym światem. Odmiennym, ponieważ przeciętny 35 latek zaczyna przeżywać jakiś kryzys, jest znudzony codziennością. Eldoka jest inny… Cieszy się palącym szczęściem śródmieścia, czy z dumą przedstawia się jako autor sztuki miejskiej. Piórem nadal włada mistrzowsko. „Skała samobójców” została uchwycona w postaci trzech motywów picia alkoholu: radości, smutku i strachu. Jego środki obrazowania należą do najlepszych w Polsce. Piję tu głównie do „Jedwabnego szlaku”, w którym z Wojtkiem Cejrowskim rodzimego rapu wybieramy się w podróż za jeden uśmiech (nawet w kwestii kiedyś, a dziś)! Gdy oddaje hołd Halinie Poświatowskiej nie popada w grafomaństwo, gdy w towarzystwie Weny cumuje w „Zatoce dobrych pomysłów” jest przekonany swoich racji. Jednak brakuje tej iskry. Czegoś pokroju „Pożycz mi płuca”, „Granicy”, czy „Szyku” z trzech ostatnich produkcji. Jedynie „Ms Batory” ma to coś – głównie za sprawą Tomsona.

YouTube Preview Image

Jest przyzwoicie. „Chi” z pewnością ma swoją specyficzną magię, której ja nie do końca kupuję. Płytę położyłbym gdzieś pomiędzy najbardziej niedocenionym „Człowiekiem, który chciał ukraść alfabet”, a albumem dwóch singli, a mianowicie „Nie pytaj o nią”. Jeżeli zlejemy w całość te dwie produkcje wyjdzie nam coś na wzór „Chi”. Bardzo naciągana czwórka na szynach.