Wyrok: ŻYCIE

Ostatni raz spoglądam na zegarek. Szesnasta. Zdążyłam. Wciskam przycisk domofonu. Niemal natychmiast cichy brzęczyk informuje mnie, że zamek puścił. Mój rozmówca chyba się niecierpliwił. Wchodzę. Docieram do drewnianych drzwi mieszkania. Wydają się mocne, jakby sam ich widok miał odstraszyć złodzieja. Pukam. Drzwi otwiera mi szeroko uśmiechnięty dwudziestodwulatek i zaprasza do środka. To Adam. Idziemy prosto do jego pokoju. Właściwie to pomieszczenie to zarazem jego pracownia. Jest producentem muzycznym.

Rozglądam się po pokoju. Komputer, syntezator, skrzypce, monitory studyjne. Obok wygłuszone pomieszczenie do realizacji wokali ze statywem, mikrofonem i słuchawkami. I w końcu najważniejsze, jak się później okazuje – maszyna do produkcji bitów.  Pokój człowieka z pasją. Jednego z wielu, można by rzec. Nie. Adam jednym z wielu nie jest. On wygrał z rakiem. Dopiero teraz zauważam, że ma na sobie białą koszulkę z logiem Fundacji Spełnionych Marzeń. Jestem ignorantką. A przecież chłopak nosi ją z dumą.

Zachorował ponad osiem lat temu. – To był chłoniak śródpiersia. Samo leczenie trwało u mnie jakieś siedem, czy osiem miesięcy – mówi, marszcząc czoło, jakby próbując wrócić do tych dni. – Leczenie było bardzo ciężkie. Miałem sześć bloków chemioterapii, z których każdy trwał około tygodnia – przechodzą mnie ciarki. – Po tym czasie robiono przerwy, żeby organizm odpoczął. Jeśli wyniki nie  były najgorsze, udawało mi się czasem wrócić na kilka dni do domu – uśmiecha się zamyślony. – Kiedy po przyjęciu ostatniego  bloku chemioterapii pojechałem na badanie PET do Bydgoszczy, okazało się, że nie mam już w ciele komórek nowotworowych. Fajne uczucie – w oczach Adama pojawia się zawadiacki błysk. Tak, myślę sobie, że to faktycznie musiało być fajne uczucie. – Skąd czerpałeś siłę do walki? – pytam banalnie, choć jestem tego naprawdę ciekawa. – Najwięcej siły dało mi nastawienie i obecność najbliższych mi osób. Nie zabrakło trochę już oklepanej frazy, która głosi, że „wiara w sukces to połowa sukcesu”. Ja sam sobie udowodniłem, że faktycznie – wiara w sukces to nawet więcej niż połowa sukcesu – oznajmia. – Co z Fundacją Spełnionych Marzeń? – zastanawiam się, znów patrząc na logo na lewej piersi Adama. – Kiedy ja byłem chory, kilka osób mi pomogło. Wiem, jakie to ważne. Dlatego zostałem wolontariuszem. Odwiedzałem dzieciaki regularnie, rozmawiałem z nimi, bawiłem się. Zwyczajnie spędzałem czas. Dużo rozmawiałem też z ich rodzicami i sam na tym korzystałem, ciągle  dowiadując się czegoś nowego – przyznaje. – Skąd w tobie tyle optymizmu? Nie boisz się, że choroba wróci? – samą siebie chyba powinnam spytać: skąd we mnie tyle pesymizmu? – Jestem w stu procentach zdrowy. Owszem, choroba może wrócić, ale prawdopodobieństwo tego jest mniej więcej takie same jak to, że ktoś zupełnie zdrowy może zachorować na nowotwór.

Milkniemy na chwilę oboje, jakby ważąc słowa, wypowiedziane przez Adama. Podchodzę do skrzypiec. – Grasz? – mój głos wydał się chyba bardziej zdziwiony, niż tego chciałam. – Ba! Od przeszło czternastu lat. Uczyłem się też gry na fortepianie. Muzyka jest moją pasją. A najbliższy sercu – hip-hop. Od kilku lat sam tworzę muzykę i widzę, że wiedza, którą zdobyłem w szkole muzycznej, bardzo mi się przydaje w pracy. Nauka nie poszła na marne. Zamierzam korzystać z tej wiedzy cały czas i ciągle uczyć się nowych rzeczy – skwitował i zabrzdąkał coś na organach.

Wyszłam po godzinie. Do drzwi odprowadził mnie bohater na miarę dzisiejszych czasów. Bohater, w którym mieszka dziecięca radość, błysk w oku i pasja. Bohater, który wyrok śmierci zamienił na wyrok życia.